Single Blog Title

This is a single blog caption
29 Maj 2012

Kto rządzi Polską?

To pytanie nie jest absurdalne. Jeżeli przyjmiemy, że przeważająca część obowiązującego w naszym kraju prawa rodzi się w Brukseli, należy przyjrzeć się uważnie, jak rząd i większość parlamentarna wykorzystują pośrednie etapy legislacyjne, by promować polskie interesy. Na podstawie frustrujących zmagań w Komisji ds. Unii Europejskiej Sejmu wiem, że z tej roli całkowicie zrezygnowali posłowie reprezentujący koalicję rządzącą. My, czyli PiS, nie zrezygnowaliśmy, ale każda nasza, nawet najrozsądniejsza propozycja jest odrzucana w głosowaniu. Politycy koalicji mają ułatwione zadanie – zawsze popierają stanowisko rządu. Na dobrą sprawę nie muszą go nawet czytać, opanowali formułki typu: „Cieszę się, że rząd…”.

W roli potakiwaczy
Problem polega na tym, że w stanowiskach rządu dotyczących aktów legislacyjnych UE na każdym kroku dostrzegamy poglądy wyrażane w „głównym nurcie” wspólnotowej polityki, przede wszystkim przez Niemcy. Podczas debaty nad ratyfikacją zmian w traktacie lizbońskim związanych z tworzeniem Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego zadawałam premierowi Tuskowi pytania. Zainteresowało mnie jego zachowanie w czasie, gdy trwały przygotowania do decyzji Rady Europejskiej z marca 2011 roku, podczas której uruchomiono jednomyślną zmianę prawa pierwotnego UE. Dokonano jej po raz pierwszy w historii Unii w uproszczonej procedurze tzw. kładki, przewidywanej przez negocjatorów traktatów (należałam do nich) wyłącznie do podejmowania nieznacznych zmian. Ekipa Tuska zgodziła się na to, by w takim właśnie trybie, bez referendów i niewygodnych dyskusji dokonywane były zmiany fundamentalne. Dodatkowo w przyjętych wnioskach Rady wprowadzono w EMS tryb głosowania „odwróconą większością”. Opozycja alarmowała wówczas opinię publiczną. Pisał o tym jako o skandalu Jarosław Kaczyński w uzasadnieniu rezygnacji z zasiadania w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, krytykował Marian Piłka, a także ja. W wyniku krytyki premier dwa dni po podjęciu decyzji zapewniał, że trzeba się sprawie przyglądać, że nic przecież nie jest przesądzone. Czy z premedytacją oszukiwał Polaków? A może Rady Europejskie po prostu go nudzą i nie wie, jakie decyzje podejmuje? Tę ostatnią wersję wydarzeń uważam za całkiem prawdopodobną. W opisywanej przeze mnie nowelizacji traktatów w Unii Europejskiej trwała bardzo ożywiona debata. Znani politycy rozważali zupełnie inne ścieżki legislacyjne. Zostało to zapisane w specjalnym załączniku do raportu Parlamentu Europejskiego w tej sprawie. Ani Donald Tusk, ani jego pretorianie wątpliwości nie zgłaszali. Szydzili z naszych obaw.
Po raz pierwszy przyjęta ostatecznie uproszczona procedura zmiany art. 136 traktatu została opisana w konkluzjach Rady Europejskiej, na którą Donald Tusk pojechał w marcu 2010 roku, jeszcze za życia prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nie musiał już zabierać samolotu głowie państwa, czuwającej nad ciężko chorą mamą. Czy premier, godząc się na zmianę traktatu tuż po jego podpisaniu, dopełnił konstytucyjnego obowiązku współdziałania z prezydentem? Już nigdy się tego nie dowiemy. Osobiście wątpię, żeby tak się stało, nie mam jednak dowodów na prawdziwość swojego przypuszczenia.

Powtórka z rozrywki
I oto znów mamy unijne qui pro quo. Przebywałam w Waszyngtonie, kiedy w sobotę, 19 maja, wszystkie stacje telewizyjne pokazywały prezydenta Obamę witającego w historycznej rezydencji Camp David przywódców świata na szczycie G8. G8, zrzeszające USA, Japonię, Kanadę, Rosję, Wielką Brytanię, Niemcy, Francję i Włochy, przerodziło się, przy obecności reprezentującego UE Hermana Van Rompuya, w G9. Ciekawa jestem, czy reprezentując UE, wypowiadał się on na szczycie również w imieniu Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji i Włoch. To tylko taka ciekawostka współczesnej polityki.
Przez cały dzień nagłówki informowały o debacie na temat metod wyjścia z kryzysu, a także o perspektywach wzrostu. Przecieki informowały o braku konsensusu. Zmiana gospodarza Pałacu Elizejskiego przyniosła również zupełnie inne akcenty w komunikatach, a także doniesienie, że debata znajdzie swój dalszy ciąg na zwołanym pospiesznie na środę, 23 maja, nieformalnym szczycie UE. W powrotnej drodze czytałam sążniste artykuły czołowych światowych gazet, relacjonujące przedmiot i temperaturę sporu. W ten wielki świat wpadł wyczarterowanym embraerem z cywilną załogą nasz premier. Sądząc z tekstu zaproszenia opublikowanego na stronach Rady, debata zapowiadała się ciekawie. W agendzie tematów, prócz metod pokonania kryzysu, zainicjowania zrównoważonego wzrostu, Aktu Jednolitego Rynku, była sprawa Grecji, efektywność energetyczna, przegląd zobowiązań narodowych wynikających z Paktu Euro Plus, pogłębienie unii gospodarczej i walutowej, konsolidacja fiskalna. Żadne z tych zagadnień nie powinno być nam obojętne, ich ostateczny kształt wpłynie na przyszły dobrobyt Narodu. Moją uwagę zwrócił fragment dotyczący Europejskiego Semestru, „sześciopaku” i europejskiego podatku od transakcji finansowych. Wszystkie te projekty, zbliżające nas gwałtownie do przyjęcia wspólnej waluty euro, są dziełem polskiej prezydencji. I szkodzą nam, naszej suwerenności. Wyłączna kompetencja Polski jako państwa członkowskiego UE w dziedzinie nakładania podatków jest zapisana w Konstytucji RP, a także w funkcjonujących dotychczas traktatach UE.
W programie ujęto również dyskusję nad polityką spójności w kontekście lepszego wykorzystania środków w dobie kryzysu. My wpłacamy składkę, ale najlepiej będzie wykorzystana w Holandii, bo tam potrafią przygotowywać projekty unijne. Odejście od zasady czystej kohezji, wyrównywania szans i potencjałów to genialny wynalazek obecnej Komisji. Bez tego wielcy nie zechcą płacić, jak powiedział w Sejmie komisarz Janusz Lewandowski, ogłaszając wielki sukces polskiej dyplomacji.
Herman Van Rompuy zachęcał do ożywionej i szczerej debaty. Donald Tusk do Brukseli poleciał, nie wiemy, czy zabierał głos, wyjechał wcześniej, bo, jak powiedział: „Znam konkluzje”. Mogą je więc przyjąć bez niego. Podobno piloci nie mogli dłużej zostać. W zasadzie przecież można zaoszczędzić paliwo. Wystarczy upoważnić kogokolwiek – Hermana Van Rompuya lub Angelę Merkel, do reprezentowania nas. To oczywiście ponury żart, z całą pewnością na sali zastąpił go charge d´affaires lub Piotr Serafin, nowy wiceminister MSZ odpowiedzialny za sprawy europejskie. Takich rzeczy nie należy jednak robić. Pamiętam, jak w 2006 roku w ostatniej chwili doszło do przeredagowywania konkluzji w gronie 50 osób. Prezydent Lech Kaczyński twierdził wówczas, że po raz pierwszy zdarzyło mu się coś podobnego, i świadczyło to o prawdziwej niesprawności UE.
Zadaję sobie pytanie, czy zebranym w Brukseli polskim dziennikarzom przyszło do głowy wykonanie demokratycznej kontroli władzy, odpytanie premiera, czy rzeczywiście „zna konkluzje”. Porównanie jego wiedzy z ostatecznym tekstem dokumentu. To moja bezinteresowna rada, warto ją wykorzystać.

Anna Fotyga

Źródło: Nasz Dziennik nr 123 (4358) z dnia 28.05.2012 roku.

 

Leave a Reply